“Skyfall” jest dokładnie taki, na sposób tytułowa piosenka w sporządzeniu Adele – klimatyczny, powolny, jaskrawy, wielowarstwowy. Oraz podmiotowy. Przede wszystkim prywatny, realne, iż najbardziej ze wszelkich celuloidów, w jakich pojawiał się kret 007. Niebondowskie kino z Bondem w funkcyj przeważającej. Nie mieni owo jaskrawo odpadu czynnych pościgów, olśniewających strzelanin a także scenicznych przełomów imprezy – bondowska ustalenie nie ostaje podważona, nawet jeżeli przy tym w stosunku do “Skyfall” lansuje się na kształt skąpy kuzyn “Casino Royale” Martina Campbella.
Mendes fantastycznie punktuje każde liche (i tym samym w najwyższym stopniu interesujące) cechy Bonda przez odwrotność z dwoma figurami, które w “Skyfall” bezkompromisowo ingerują w jego trwanie. Ralph Fiennes odzwierciedla lojalne, utopijne a także pielęgnowane u dołu powłoką sarkazmu buzia Bonda.
Do “Skyfall” nie silna przybliżać się w charakterze do kolejnego celuloidu o przygodach Bonda. Nie silna pójść na pestkę i percypować w dziele Mendesa poszczególnie ogromnie akuratnie sprawionego kina jowialnego. “Skyfall” jest czymś do głębi innym, gadką o transformacjach, jakie zaszły w tej obrazkowej form na przestrzeni pięćdziesięciu lat oraz bezsprzecznym uwydatnieniem, iż w współczesnym świecie nie ma położenia na bezpieczną kpinę. “Skyfall” jest niebondowskim obrazem o Bondzie, myślącym kinem komercyjnym z zacięciem artystycznym, jakie trzeba prawdopodobnie przyjrzeć się co w żadnym wypadku nieco manto, iżby odnotować wszystkie jego zalet.
Takie istnieje racja “Skyfall”. Nietypowe, błyskotliwe, indywidualne. Podarujcież mu okazję.